music

niedziela, 31 marca 2013

THE VERSTAILE BLOGGER AWARD :D

1 komentarz:

The Verstaile Blogger Award - bardzo dziękuję http://keeping-love-again.blogspot.com  

http://k-pop-opowiadania.blogspot.com  

http://welcome-to-my-world.blogspot.com

oraz http://love-and-scary.blogspot.com za nominację ;)


Aż 4 nominacje?! To naprawdę wilekie wyróżnienie *płacze* <3





Zasady konkursu :D


    1. podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu
    2. pokazać nagrodę "Verstaile Blogger Award" u siebie na blogu
    3. ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie
    4. nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują
    5. poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów  
    7 faktów o mni
    e :
    1. Bardzo chciałabym nauczyć się perfekcyjnie j.angielskiego.
    2. Kocham czytać yaoi :)
    3. Zawsze zazdroszczę muzykom tego że mogą pokazać światu swój talent, marzenia...
    4. Zaraziłam k-popem już 3 osoby^^
    5. Nienawidzę gdy ktoś krytykuje "naszą" muzykę.
    6. KOCHAM SPIEWAĆ i TAŃCZYĆ<3
    7. Jestem bardzo aktywną osobą.

    Nominacje trafiają do :



    Na razie tylko tyle nominacji :)

            piątek, 22 marca 2013

            "List pożegnalny" [OS]

            11 komentarzy:

            Tytuł: "Lis pożegnalny"Autor: MinnieGatunek:DramatRodzaj:OneShot
            FanClub: B.A.PTyp: Yaoi


            „List pożegnalny”

            Mówiłeś „KOCHAM”, mówiłeś „NA ZAWSZE”. Ufałem Ci. Obiecywałeś „WSPÓLNĄ PRZYSZŁOŚĆ”, że nikt nas nie rozłączy. Wierzyłem. Oddałem Tobie  wszystko, oddałem całe moje życie.
            Pewnego wieczoru nie wróciłeś na noc. Martwiłem się. Szukałem wszędzie. Narażałem się, by Ciebie odnaleźć.
            Rano wróciłeś. Nie wypowiedziałeś ani jednego słowa. Twoja koszula pachniała jakoś inaczej niż zwykle. Twoje ciało było pokryte czerwonymi plamkami. Pytałem gdzie byłeś, nie odpowiadałeś. Nie chciałeś na mnie spojrzeć, nie chciałeś, bym Cię dotykał.
            Siedziałeś sam na krześle, pijąc whisky prosto z butelki. Byłeś smutny. Od tamtego czasu nie powiedziałeś tych dwóch słów, które kiedyś powtarzałeś mi codziennie „Kocham Cię”. Z dnia na dzień bardziej oddalałeś się ode mnie. Coraz częściej znikałeś na całe noce. Zdarzały się również puste, samotne dni bez Ciebie. Powoli umierałem. Coraz częściej robiłeś mi awantury o błahe rzeczy. Mimo tego kochałem Cię.
            Pewnego dnia mój dotychczasowy świat zawalił się. Powiedziałeś, że odchodzisz, że już mnie nie kochasz. Próbowałem Cię zatrzymać. Nie pozwalałem spakować do końca walizki. Szlochałem. Nie chciałem przepuścić Cię do drzwi. Złapałeś mnie za ramiona i „rzuciłeś” na podłogę. Moja głowa uderzyła o kant stolika. Z rozciętej skóry zaczęła spływać krew. Poplamiła biały dywan. Widziałem tylko jak zamykają się za Tobą drzwi.
            Odszedłeś. Ja wariowałem siedząc samotnie zamknięty w czterech ścianach, niegdyś naszego wspólnego, mieszkania. Miałem nadzieję, że powrócisz. Przeprosisz, że będziemy znowu razem. Głupia nadzieja.
            Zwiedziłem miejsca, w których bywaliśmy razem. Widziałem nas. Widziałem jak przytulasz mnie do siebie, mierzwisz mi dłonią włosy. Próbujesz dobrać się do mojego ciała. Mimowolnie uśmiecham się.
            Ostatnie miejsce, w który byliśmy. Kawiarnia z tą wielką filiżanką na szyldzie, którą tak się fascynowałeś.
            Rząd stolików nie zmienił swojego ustawienia. Wszystkie miejsca były puste, tylko przy naszym stoliku ktoś siedział.
            Wtedy to zobaczyłem. Siedziałeś tam, ale beze mnie. Moje miejsce zajmowała tajemnicza, ciemnowłosa osoba. Uśmiechałeś się do niej, tak jak kiedyś do mnie. Gładziłeś dłonią jej dłoń. Ciemnowłosa osoba rumieniła się i drżała pod twoim dotykiem. Nachyliłeś się i ucałowałeś JEGO usta.
            Obraz wokół mnie zawirował. Moje kolana stały się miękkie. Przytrzymałem się pobliskiej latarni. Coś w głębi mnie strasznie zabolało. Moje serce krwawiło. Musiałem jak najszybciej stamtąd uciec.
            Był wieczór, czekałem pod twoimi drzwiami. Czekałem na Ciebie.
            Przyszedłeś. Nawet nie zwróciłeś na mnie uwagi. Wyminąłeś mnie      i zacząłeś otwierać drzwi. Położyłem dłonie na twoich ramionach. Stanąłeś w bezruchu. Odwróciłeś się powoli zrzucając moje dłonie. Błagałem Ciebie jeszcze raz, byś dał nam szanse. Upadłem na kolana. Po moich policzkach spływały łzy. Powiedziałem, że Cię kocham.
            Zaśmiałeś się. Zacząłeś mnie wyzywać. Mimo tego nadal Cię kochałem. Pobiłeś mnie, naplułeś mi w twarz, a ja Ciągle powtarzałem, że Cię kocham.
            Leżałem na zimnym chodniku. Z nieba spadały na Ziemię płatki śniegu. Krew sączyła się z moich ust, rozciętej skóry na skroni, ale nie tylko te miejsca krwawiły. Moje, rozdarte przez potężne szpony, serce również. Czułem się okropnie. Nie miałem siły się podnieść. W głowie wciąż miałem Twoje słowa „Mam kochać takiego nieudacznika? Jesteś szmatą YoungJae. Nie wiem jak mogłem pokochać taką osobę...”. Z moich oczu spływały łzy. Zebrałem w sobie wszystkie siły i podniosłem się. Odszedłem.
            Siedziałem przed stołem, na którym leżała kartka. W ręku trzymałem pióro, które mi kiedyś podarowałeś. Ciągle płakałem. Moje serce, moja dusza była pustką. Wiedziałem co chcę napisać. Tyle, że nie wiedziałem jak. Zacząłem od początku. „Mówiłeś „KOCHAM”...”.
            Złożyłem kartkę na pół i nadałem jej tytuł „List pożegnalny”.
            Cały pergamin był w plamach od moich łez, które ciągle wypływały spod moich powiek.
                    Powiedziałeś kiedyś „Zamknij się wreszcie i zostaw mnie w spokoju...”. Chciałem spełnić twoją prośbę.
            Pewnie czytasz teraz ten list. Proszę nie rób sobie nic z tego. Żyj dalej, bądź szczęśliwy. Chciałem tylko, żebyś miał jakąkolwiek pamiątkę po mnie. W tym momencie pewnie stoję na moście Banpo lub moje ciało opada właśnie na dno rzeki.
            Proszę zapamiętaj te miłe chwile, które spędziliśmy razem. Zrób to dla mnie. Spełnij moją ostatnią prośbę. Pamiętaj, że zawsze nad tobą czuwam, nie pozwolę Cię skrzywdzić. Nadal Cię kocham Kim Himchan...

            Yoo Young Jae 

            czwartek, 21 lutego 2013

            "Modlitwa" [OS]

            17 komentarzy:

            Bardzo długo zajęło mi napisanie tego ff, potem jeszcze poprawki itp. Trwało to w nieskończoność-.- Ale w końcu się udało! Jest i mam nadzieję że się wam spodoba!:D

            Tak się zastanawiam czy tytuł jest na pewno trafiony..:) Ale nich już bd :)

            Tytuł: "Modlitwa"
            Autor:
            Zico
            Gatunek: Dramat
            Rodzaj: OneShot
            FanClub: B.A.P
            Typ: FanFiction


            Miłość? Miłość jest nie tylko uczuciem łączącym ludzi, jest całym ich życiem. Więc jeśli miłość znika, kończy się także życie, zostaje pozbawione sensu. Kiedy ona umiera, umiera też część duszy i serca człowieka, które pamiętają każdy, nawet najmniejsze wspomnienie.
            Nie przestaje się kochać z dnia na dzień. Jeśli ktoś zapomina o nas tak szybko, to znaczy że ta osoba nigdy tak naprawdę nas nie kochała. Ludzie darzą się miłością latami, są ze sobą „na dobre i na złe”. Nawet gdy popełnisz błąd, to ukochana osoba wybaczy ci, zapomnie i nie opuści, będzie z tobą NA ZAWSZE. Właśnie te słowa, tak łatwo je wypowiedzieć, tylko one dwa a znaczą tak wiele. Jednak trzeba bardzo uważać wypowiadając je. Często „na zawsze” nie znaczy wiecznie, kochać „na zawsze” to być przy kimś aż do końca naszych dni. Najbardziej rani , gdy zależy nam na nie właściwej osobie, gdy to uczucie jest od nas silniejsze, gdy pragniemy tylko jej, a ona nie może, już nie potrafi darzyć nas tym samym uczuciem.
            To skłania nas do rzeczy, o których wcześniej nigdy nie myśleliśmy…

            Usiadłem pod ścianą. W całym pokoju panowała ciemność, jedynie światło księżyca wpadało przez małe okno, oświetlając nie wielki kawałek pomieszczenia. Spojrzałem w niebo, całe pokryte setkami gwiazd. Ahh jak ja kochałem na nie patrzeć, mogłem to robić godzinami, słuchając przy tym ulubionych piosenek i zapominając o całym otaczającym mnie świecie.
            Byłem sam, w domu nie było nikogo oprócz mnie. Panowała tu grobowa cisza, przerywana tylko cichym tykaniem zegara. Teraz myślałem tylko o tym co było, tylko o tobie. O każdej spędzonej razem chwili, kiedy byliśmy szczęśliwi. Minął już miesiąc, a ja wciąż nie mogłem wyrzucić z mojej głowy, obrazu twojej uśmiechającej się do mnie twarzy.  W mojej pamięci zatrzymam te wszystkie  wspaniałe wspomnienia, na zawsze.To kiedy chodziliśmy na długie spacery, trzymając się za ręce i śmiejąc z najdrobniejszych rzeczy. Nigdy też nie zapomnę też żadnego z tych wspaniałych wieczorów, nocy kiedy razem oglądając filmy i siedząc pod kocem, ja wtulałem się w ciebie, w twoje umięśnione, ciepłe ciało. Nawet nie wiesz, że nigdy nie bałem się tych wszystkich tandetnych horrorów, a ukrywałem się w twoich ramionach tylko po to by czuć twoje ciepło, by być jeszcze bliżej ciebie, a ty wtedy przytulałeś mnie i całowałeś w policzek myśląc, że przez to będę się czuł bezpieczniej.
            Tak kochałem być z tobą, w każdej z tych niezliczonych chwil. Lecz teraz jestem tu, sam i nawet nie wiesz jak mi cię bardzo brakuje. 
            Twojego męskiego głosu, twoich dużych miękkich, delikatnych ust. Ust, które odkryły każdy kawałek mojego ciała. Twoich dłoni, które tak świetnie poruszały się, błądząc po moim brzuchu, szyi, pośladkach.. Tak bardzo za tobą tęsknię YongGuk…  

            Siedziałem tak wpatrując się w niebo, starając sobie przypomnieć wszystkie te cudowne chwile, spędzone razem z nim.  Wszystkie myśli plątały mi się w głowie. Nie byłem już pewny swoich uczuć.
            -YongGuk…- wyszeptałem, zaciskając żyletkę w swojej ręce. Otworzyłem dłoń, kawałek metalu zdążył już ją pokaleczyć. Spojrzałem na „czysty” jeszcze nadgarstek , przyłożyłem do niego ostre narzędzie i bez chwili zawahania docisnąłem go najmocniej jak tylko umiałem.  Przesunąłem nim po ciele, następnie postąpiłem tak jeszcze kilka razy.  Z utworzonych przed chwilą raz zaczęła płynąć gęsta, ciemnoczerwona krew.  Nie czułem bólu, czułem tylko jak szybko bije moje serce.  Kilka kropel zdążyło już upaść na ziemię brudząc przy tym kafelki.
            Rozcinałem moją skórę, tyle razy, aż na ojej ręce pojawił się napis „YongGuk”. Napis był słabo widoczny spod przykrywającej go fali czerwonej cieczy. Rany były bardzo głębokie. Skóra wokół ran była obrzęknięta i rozpalona.
            Powoli zaczynałem słabnąć. Wypuściłem żyletkę z mojej dłoni, ręce bezwładnie opadły, a ja sam osunąłem się na podłogę. Mój oddech stał się ciężki. Czułem, że leże w kałuży krwi, moje  ubranie przykleiło się do ciała. Z trudnością podnosząc rękę odgarnąłem grzywkę brudząc przy tym twarz krwią.  Dopiero teraz zacząłem czuć piecznie na rękach. Ogarnęła mnie senność, moje powieki stały się ciężkie, a świat zaczął wirować.  Resztkami sił  wyciągnąłem telefon, próbując  wybrać numer przyjaciela.
            -„Halo?”- usłyszałem.
            -Kocham Cię YongGuk, pamiętaj- wyszeptałem. Chciałem by wiedział, że nadal go kocham. Nie mogąc utrzymać telefonu, upuściłem go.  Uderzając o podłogę, zbił się wyświetlacz i wypadła bateria. Teraz zepsuty aparat był całkowicie nie ważny. Czułem, ze odchodzę. Straciłem tyle krwi… Tak bardzo chciałem, by on tu był, ze mną w moich ostatnich chwilach.
            Mój wzrok powędrował na krzyż, znajdujący się na ścianie. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, ę ostatnio często zapominałem się modlić. Przecież byłem Chrześcijaninem, nie powinienem zapominać. Wciąż leżąc, na wpółprzytomny, zacząłem szeptać:
            -„Boże, dziękuję Ci za wszytsko.Za moje życie, chociaż nie zawsze było cudowne, za każdą ważną dla mnie osobę, a w szczególności za YongGuk’a. Był dla mnie wszystkim… Przepraszam, że właśnie tak musiałem zakończyć moje życie, ale zrozum proszę, że ja nie mogę, nie potrafię żyć bez niego. Mam nadzieję, że mi wybaczysz i przyjmiesz do siebie . To ja Zelo to znaczy Choi Joon Hong. Boże, ja właśnie umieram. Bądź przy mnie, gdy ON nie może, nie chce.”- Oczywiście nie zapomniałem dodać pięknego AMEN na końcu. Leżałem tak, czekając na zbliżającą się śmierć. Nagle usłyszałem trzaskające drzwi i głośne odgłosy kroków na schodach. Praktycznie nie przytomny, otworzyłem lekko oczy. Nie wiedziałem, czy zobaczyłem go naprawdę, czy to też wyobraźnia zaczęła płatać mi figle. Trwałem w nieświadomości dopóki nie poczułem, ze ktoś mnie podnosi. Wtedy wiedziałem już, że to on. Jego zapach ciała, jego duże męskie dłonie.. Rozpoznam je wszędzie. Przyszedł...? Poczułem radość i mimo oblicza śmierci, uśmiechnąłem się. 
            -Choi, słyszysz mnie? Obudź się! Karetka już jedzie. Proszę Cię nie odchodź!- Jego ręce objęły mnie. Hyung przytulił mnie Jak dawno tego nie robił. Moja głowa bezwładnie opadła na jego ramię. Ostatni raz, resztkami sił otworzyłem oczy. Ujrzałem jego piękną twarz, ciemne, duże usta i te oczy, patrzące na mnie z troską. Teraz jego wzrok powędrował na moją zakrwawioną rękę. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie.
            -YongGuk!? Dlaczego? Czemu to zrobiłeś? Zelo, dlaczego?!
            -Ja… Ja nadal cię kocham hyung! Rozstaliśmy się ponad 2 miesiące temu, ale ja nadal cię kocham. Dlaczego tu przyszedłeś?
            -Zelo, mi też dalej na tobie zależy. Wiem, ze powinienem to powiedzieć wcześniej, ale sam nie dawno to zrozumiałem, że nie umiem żyć bez ciebie.
            -Hyung, na prawdę?
             -Tak Choi, nawet nie wiesz jak mi przykro, to wszystko przeze mnie. Tak bardzo Cię przepraszam.- Jego usta lekko, na kilka sekund połączyły się z moimi.
            Drzwi do pokoju gwałtownie się otworzyły, wkroczyło przez nie kilku mężczyzn.
            -Tutaj jest. Bierzemy go.- powiedział jeden z nich. Sanitariusze „załadowali mnie” do karetki. Dalej nie pamiętam już nic.
            Obudziłem się w Sali szpitalnej. Moje spojrzenie od razu padło na NIEGO, był przy moim łóżku.
            -Zelo, nie rób tego więc, nie strasz mnie proszę. Straciłeś sporo krwi, ale nic ci nie będzie.
            -Hyun… Kocham Cię- sam nie wiem dlaczego to powiedziałem.
            Choi, ja też cię kocham, wiesz to. Błagam wybacz mi, proszę…
            -To nie twoja wina, to ja przepraszam, to nigdy więcej się nie powtórzy.
            -Cz ty, chcesz spróbować jesz…
            -Tak!- nie dałem mu dokończyć. Nasze usta znów połączyły się w delikatnym pocałunku.

            Po 2 dniach wyszedłem ze szpitala, a razem ze mną YongGuk. Od tamtej pory jesteśmy nierozłączni J



            Wszystkie wydarzenia związane z miłością uczą nas BY W NIĄ IWRZYĆ. Często jest to trudne, boimy się i to jest zrozumiałe. Wielu z nas lęka się o niej mówić. Nie chcemy jej wyznawać, ponieważ boimy się odrzucenia. Być może nie zawszenasze uczucia zostaną przyjęte z oczekiwaną przez nas reakcją, jednak zawsze warto próbować. Podsumowując: Miłość jest wspaniałym uczuciem, łączącym ludzi. NIE BÓJMY SIĘ MIŁOŚCI ;D

            sobota, 5 stycznia 2013

            "Obsesja 5 "

            10 komentarzy:

            Kochani, zbliżamy się do końca... Przewiduję albo jeszcze jeden rozdizał lub zamiast niego PROLOG. Tak czy inaczej opowiaanie dobiega końca. Trudno było mi pisac ten rozdział po tym co było ostatnio z Block B (myślę że wszytscy dobrze znaja sprawę) ale udało się, w końcu jest!! :D



            -Proszę cię tylko o to- Wyszeptał. Zacisnąłem nóż w swojej dłoni…
            -Nie mogę tego zrobić… Nie bój się, wydostaniemy się stąd, Hoon nam pomoże, zobaczysz.- Napełniłem jego serce nadzieją.Obaj usiedliśmy pod ścianą, czekając na P.O, który miał się nie długo zjawić. Przyjrzałem się bliżej, nowo poznanemu chłopakowi.
            Na oko wyglądał na trochę starszego ode mnie. Ciemne, dość długie i falowane włosy opadały na jego bladą twarz, po części zakrywając ciemne oczy. Te oczy…Było w nich coś co przyciągało wzrok. Spojrzeniem objąłem jego sylwetkę. Miał na sobie podarty T-Shirt i ciemną, brudną skórzaną kurtkę. Był dość wysoki, wyglądał marnie. Na jego torsie dało się zauważyć liczne siniaki i zadrapania. Usta chłopaka były rozcięte i do tej pory od czasu do czasu pojawiało się na nich kilka kropel krwi. Siedział ze spuszczoną głową, cały się trzęsąc, nie mówił nic. Chciałem zapytać go o coś, cokolwiek, byle by przerwać tę dziwną ciszę. Gdy już otworzyłem usta, usłyszałem skrzypienie drzwi.  Teraz mój wzrok, myśli skupiły się na sylwetce ukochanego.
            -Ahh to jesteś tutaj. Zico już się tobą pobawił. Szybko jak na niego-Ostatnie zdanie wypowiedział z lekkim zdumieniem. –Nie bój się, uciekniemy stąd-Dodał, klepiąc nowego po ramieniu. Teraz uwaga P.O skupiła się na mnie.
            -Kim! Nic ci nie jest?
            -Mi? To raczej ja powinienem o to zapytać! Wczoraj ty i Zico, wy..- Nie dokończyłem, nie wiedziałem jak to ująć, nie chciałem go urazić.
            -Jeśli o to chodzi U-Kwon, to nie martw się, do niczego między nami nie doszło.
            -Ale te głosy i Zico, jak mówił do ciebie kochanie..-Nic nie rozumiałem, czy Pyo kłamał?
            -Kochanie, obiecuję ci. To co słyszałeś, to nie było ze mną. Gdy ten świr zaczął się do mnie dobierać, oznajmiłem mu, ze nie mam na to ochoty, więc wkurwiony wyżył się na swojej nowej zdobyczy.- Ruchem głowy wskazał na siedzącego obok i przysłuchującego się naszej rozmowie JaeHyo. Ten pewnie zawstydzony i zmieszany, odwrócił głowę w drugą stronę.-Słuchaj, jutro Zico wyjeżdża, to nasza szansa.- Razem z nowym wysłuchaliśmy szczegółowego planu dotyczącego naszej jutrzejszej ucieczki. Wszystko wydawało się proste, lecz jutro mieliśmy się przekonać, że nie wszystko będzie szło po naszej myśli.


            *Następnego dnia*


            -Wstawaj, twój przyjaciel był tu i kazał się nam zbierać, powiedział, że za 20 min po nas przyjdzie.- Otwierając oczy ujrzałem wystraszoną twarz nowego kolegi. Od razu zerwałem się na równe nogi. Niecierpliwie czekaliśmy zaraz przy wyjściu z pomieszczenia. Ostatni raz spojrzałem na tę salę. To tutaj przeżyłem swoje najgorsze chwile w życiu, miałem nadzieję, że już nigdy tu nie powrócę, że już nigdy nic podobnego mnie nie spotka. Drzwi otworzyły się. -Zico pojechał, straże jeszcze śpią, szybko ich wyminiemy i reszta drogi jest wolna.- Pospiesznie ruszyliśmy za P.O. Z łatwością wydostaliśmy się na zewnątrz budynku. Nie widziałem go wcześniej, po porwaniu ocknąłem się już dopiero w „Sali tortur”. Budynek przypominał wojenny bunkier, schowany był za gęstymi krzakami, a wejście było widoczne dopiero z bardzo bliska. Do niego prowadziła jedna tylko droga, którą ruszyliśmy. Mimo tego, że strażnicy nie czuwali, biegliśmy najszybciej jak tylko się dało, P.O nie chciał ryzykować. Nagle zatrzymał się, a na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Moje serce także zaczęło bić szybciej gdy zauważyłem samochód, ten sam samochód do którego wciągnięto mnie, jadący w naszym kierunku. -Co?! Przecież powinien wracać dopiero za jakieś 30 min, nie, nie..! On nas wszystkich pozabija!-Hoon zaczął panikować. Sytuacja wydawała się dramatyczna. -Nie poddamy się, za mną!- Krzyknąłem i od razu ruszyłem ku samochodowi. Rozpędzony wskoczyłem na jego maskę, przebiegłem po dachu, zeskoczywszy z auta od razu się zatrzymałem, czekając na towarzyszy. Po chwili zobaczyłem przeskakującego pojazdP.O. Wszystko działo się tak szybko. Czekaliśmy tylko na JaeHyo.


            Chłopak wybił się przed autem, jego jedna noga była już na masce. Nagle zachwiał się i z krzykiem upadł do tyłu, wpadając prosto pod jego koła. Usłyszeliśmy tylko trzask łamanych kości, gdy samochód przejechał po leżącym na drodze przyjacielu. Dokoła rozlała się krew cieknąca ze zmiażdżonych kończyn. -Nie!!! Hyung!- W moich oczach pojawiły się łzy, gdy spojrzałem na zmasakrowane ciało JaeHyo. Przez te dwa dni zdążyliśmy się trochę poznać, dowiedziałem się wile o jego przeszłości. Porwano go gdy szedł spotkać się ze swoją dziewczyną, miał się jej oświadczyć… Zapłakany spojrzałem na Pyo, także stał w bezruchu nie mogąc nic powiedzieć. Samochód jechał dalej, zostawiając za sobą krwawe ślady opon, zawrócił dopiero przy budynku i z dużą prędkością ruszył w naszą stronę.  Chwilę potem poczułem szarpnięcie za rękę. -Nie pomożemy mu już, uciekamy. -Ale… -On już nie żyje, Kwon uciekajmy, nie chcę także stracić ciebie!- Zerknąłem jeszcze raz na JaeHyo i uczyniwszy znak krzyża znów zacząłem biec. Z daleka słyszeliśmy krzyki Zico. -Tutaj!- Zico pociągnął mnie, skręciliśmy w głąb lasu-Nie wiedzie między drzewa, za mało tu przestrzeni, jeszcze mamy szanse!- Tak tez było, Zico nie mogąc wjechać za nami, wysiadł z auta i zaczął biec za nami. Biegłem ledwo łapiąc oddech , jednak nie mogłem się teraz poddać. Potknąłem się o wystający z ziemi korzeń drzewa, upadłem. Nie mogłem zawołać P.O, który o niczym nie wiedząc biegł dalej, nie mogłem złapać powietrza. Ze strachem obejrzałem się do tyłu, rozzłoszczony Zico  był już coraz bliżej mnie. Zebrałem wszystkie siły i z trudem krzyknąłem: -Pyo pomocy!- Nie widziałem już jego sylwetki, był dalej, nie wiedziałem czy mnie usłyszał. W tym momencie poczułem lekkie wstrząsy ziemi, starszego ode mnie dzieliło dosłownie kilka metrów. Próbowałem wstać jednak moje mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Spojrzałem w kierunku, w którym pobiegł Hoon, nie było go. W mojej głowie pojawiła się myśl, że to już moje ostatnie chwile. Odwróciłem się i ujrzałem stojącego nade mną Zico, trzymał broń i celował nią prosto w moją głowę. *Boże ratuj*-Pomyślałem.
            -Myśleliście, ze uciekniecie?  Nigdy by wam się to nie udało. Twój starszy kolega już nie żyje, ty też zaraz zginiesz, a P.O? Jego i tak znajdę i dam nauczkę za to, że wam pomagał- W jego oczach malowała się prawdziwa wściekłość. Naładował pistolet i jeszcze raz wymierzył nim w moją stronę. Zasłoniłem twarz rękoma, nie chcąc na to potrzeć, usłyszałem strzał, jedna nic nie poczułem. Niepewnie  otworzyłem oczy i ujrzałem leżącego na ziemi Zico, a za nim stojącego, jeszcze z wycelowaną bronią, P.O. Mój oddech stal się szybszy, nie mogłem uwierzyć, że nadal żyję.Pyo od razu pomógł mi wstać i gdy tylko to uczyniłem, wtulił się we mnie. -Myślałem, ze już zginę, nie wiem jak ci dziękować…-Powiedziałem drżącym głosem.
            -Nie musisz, już spokojnie Kwon, jestem przy tobie.- Trwaliśmy w uścisku krótką chwilę. Dlatego, że P.O chwycił mpjątwarz w dłonie i powiedział:

            -Teraz już zawsze będziemy razem.- Moje serce, ze szczęścia, biło jak szalone. Zico nie żyje, ja w końcu się uratowałem i będę mógł być szczęśliwy z P.O. Jedynym co mnie zasmucało to pamięć o JaeHyo.
            Kiedy zakopaliśmy ciało Zico, wróciliśmy na drogę, na której nadal leżał starszy przyjaciel. -Pyo zabierzmy go stąd, zasłużył na pogrzeb, normalny, nie możemy go tutaj tak zostawić. -Jasne Kim.







            środa, 2 stycznia 2013

            "Obsesja 4 "

            8 komentarzy:

            Wiem, ze długo czekaliście i mam nadzieję, że spodoba wam się ten rozdział :)




            -Niee!-Wyrwało się z mojego gardła, gdy poczułem jak, wiszące jeszcze nie dawno nade mną ciało P.O, upada bezwładnie na moje plecy. Zacząłem się trząść, nie potrafiłem tego opanować. Próbowałem podnieść się, ale moje mięśnie nie sprostały zadaniu, wydostania się spod  chłopaka. Na myśl nasuwała mi się ta najgorsza opcja, chciałem ja przepędzić, lecz ona za chwile powracała, jak bumerang. *On  nie mógł tego zrobić*- krzyczałem w myślach. Zebrałem wszystkie siły i powoli zepchnąłem z siebie jego ciało. Rozejrzałem się dokoła, w pomieszczeniu nie było już Zico. Musiałem być w takim szoku, że nawet nie zwróciłem uwagi kiedy wyszedł. Ze strachem skierowałem wzrok na P.O. Nie ruszał się, co mnie przeraziło.

            -Pyo Ji Hoon!- Podszedłem do chłopaka i starałem się go obudzić, jednak nic nie zdziałałem. Moje serce zaczęło szybciej bić, kiedy spostrzegłem stróżkę krwi spływającą po głowie mężczyzny.-Nie! – krzyknąłem i ukryłem twarz w dłoniach, a z moich oczu pociekły słone łzy. Nigdy bym nie przypuszczał, że zapałam do niego tak wielkim uczuciem, że jego odejście tak bardzo mną wstrząśnie. Jego już nie ma…
            Jeszcze raz spojrzałem na niego, na jego piękne ciało, które teraz wydawało się być takim kruchym. Kiedy tak wtulałem się wzrokiem w jego ramiona, coś przyciągnęło moją uwagę, coś odbijającego lekko światło. Doznałem kolejnego ataku, gdy do mojej świadomości doszło, iż jest to nabój, wystrzelony z pistoletu Zico. *Czyli jeśli był tylko jeden strzał, a kula jest tutaj to...*  Od razu rzuciłem się w stronę  P.O, dokładnie przypatrzałem się ranie. Nie została ona zrobiona przez nadlatującą kulę, było to po prostu dość głębokie rozcięcie. Nie daleko zauważyłem dość ciężki kamień, który… No właśnie. Spojrzałem na ścianę, w jednym miejscy była odpryśnięta. Zico musiał chybić i kula trafiła właśnie w to miejsce, a oderwany kawałek spadł na głowę Pyo powodując krwawienie. To tylko był tylko moja teoria, ale ulżyło mi kiedy uświadomiłem sobie, że P.O w swojej głowie nie ma naboju. Od razu zacząłem go ocucać.
            -Obudź się, proszę nie zostawiaj mnie…- Właśnie w tym momencie jego dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku, a oczy powoli starały się otworzyć. Na mojej twarzy pojawił się  szeroki uśmiech, a z oczu znów płynęły łzy, tym razem łzy szczęścia.
            -Oh, nawet nie wiesz jak się cieszę, że jednak żyjesz. Cieszę się to za mało powiedziane!- Pomogłem mu usiąść i gdy tylko to zrobił, od razu rzuciłem się na jego szyję, mocno go przytulając. W tej pozycji trwaliśmy dłuższą chwilę.

            -Ehh moja głowa, co się stało Kwon? Czy nic ci nie jest?- Zapytał, tylko kiedy się od niego odkleiłem.

            -Mi nic nie jest- Nie licząc „mojego wejścia”, które bardzo bolało, jak za każdym razem kiedy ktoś mi to robił- Dostałeś w głowę tym kamieniem-wskazałem na dość duży odłamek- Zico chyba celował w ciebie, ale nie udało się mu to- Opowiedziałem mu o wszystkich moich
            przypuszczeniach, co mogło się wtedy stać.
            -Tak bardzo się martwiłeś, dlaczego?- Zadał mi pytanie obejmując mnie swoim
            ramieniem.
            -Sam nie wiem…- Odparłem, uciekając wzrokiem od jego spojrzenia.- Chyba dlatego, że Cię K..- Ostatnie słowo rozpłynęło się w ustach P.O. Jego wargi lekko łączyły się z moimi, w delikatnym pocałunku. Przerwał by móc powiedzieć:
            -Zico- Powiedziałem, nadal złączony z Hoon'em.  Chłopak szybko odsunął się i wyszeptał.
            -Udawaj, że cie biłem, krzywdziłem. Proszę udawaj, że cię nienawidzę, to dla twojego dobra, nie chcę by cos ci sę stało, kochanie- W jego głosie wyczytać można było przerażenie, tą całą sytuacją.
            Wstał, wziął do ręki lezący nie daleko bat i świsnął mi nim zaraz koło twarzy. Spojrzałem w jego oczy, wiedziałem że musze mu zaufać. Drzwi otworzyły się.-Nie na widzę cię szmato, rozumiesz?! Jak mogłeś pomyśleć, że cos do ciebie czuje- Po raz
            kolejny poczułem podmuch powietrza, wywołany przez jego „broń”. Bałem się, że na prawdę mnie uderzy, jednak patrząc na jego smutną twarz, moje obawy zniknęły.
            -No proszę, czyli nie lubisz naszego pieska? P.O zaskakujesz mnie- Zico podszedł do niego i powoli  zaplótł swoje ręce wokół jego nagiego torsu.-Czyli znów jesteś tylko mój?- Zmieszany spojrzałem na twarz ukochanego. On tylko puścił oczko w mjąstrone i odpowiedział.
            -Tak, Zico. Zawsze byłem i jestem twój.- Teraz jedna z rąk starszego złapała go za krocze. Zico lekko zagryzł swoje wargi. Trudno było mi patrzeć jak jakiś facet obmacuje mojego P.O. wiedziałem jednak, że nie muszę ukrywać się z moim uczuciem jeśli nie chcę by coś mi się stało, a jeszcze gorzej, by nic nie stało się Pyo.

            -Hoon-ah nie męcz go już, chodź ze mną- Starszy złapał go za rękę i pociągnął w swoim kierunku. Kiedy wychodzili z ust młodszego wyczytałem „Nie bój się kocham cię Kwon”. Moje serce i tak było nie spokojne. Nie mogłem znieść myśli, że za chwilę jego ciało będzie dotykał Zico.
            Usiadłem pod ścianą, długo zastanawiałem się co teraz będzie. Czy P.O naprawdę pomoże mi się stąd wydostać? Jednak jedno pytanie nie dawało mi najbardziej spokoju. Czy naprawdę go kocham i czy on kocha mnie? Od razu przypomniałem sobie chwilę naszego pocałunku, pierwszego pocałunku.-Ahh dobrze kochanie…- Usłyszałem zachrypnięty głos Zico, dobiegał zza ściany. Przed oczami miałem scenę, kiedy mój kochany Hoon jest zmuszany do seksu z nim. Czułem zazdrość i coraz większą nienawiść w stosunku do starszego.-P.O…-Wyszeptałem.-Na prawdę cię kocham- Wykończony dzisiejszymi emocjami zamknąłem oczy i pozwoliłem się zabrać w piękny świat snów i fantazji…
            Obudził mnie głośny huk. Drzwi do pomieszczenia były otwarte. Jeszcze ledwo kontaktując, podniosłem się i ruszyłem w ich kierunku.-Nawet nie próbuj wyjść- Krzyknął Zico. Po chwili zjawił się on sam, uśmiechnął się do mnie i dodał:-Masz towarzystwo- skinieniem głowy wskazał na postać leżącą w rogu sali. Podszedłem bliżej nieznajomego i lekko dotknąłem go w ramię, by sprawdzić czy zyje.
            -Aaał- Usłyszałem cichy jęk.
            -Nie boj się ja nic ci nie zrobię, też mnie tu przetrzymują. Pomogłem wstać nowej osobie.
            - Jestem U-Kwon- wyciągnąłem dłoń i spojrzałem na twarz postaci, a raczej zasłaniającej je długie włosy.

            -Jaehyo- przedstawił się, bez siły odwzajemnił uścisk dłoni. Nagle sięgnął po coś i
            niespodziewanie powiedział:




            -Zabij mnie, nie chce więcej tego przeżywać.- Chłopak wyciągnął nóż z kieszeni i podał go mi. Byłem w szoku.-Nie patrz się zabij mnie proszę, nie każ mi błagać.
            -Co? Nie zabiję cię! Spokojnie, uratujemy się.- Spojrzałem w jego zapłakane oczy. Patrzył na mnie błagalnym spojrzeniem.

            -Proszę cię tylko o to..- Wyszeptał. Zacisnąłem nóż w swojej dłoni…