music

czwartek, 21 lutego 2013

"Modlitwa" [OS]

17 komentarzy:

Bardzo długo zajęło mi napisanie tego ff, potem jeszcze poprawki itp. Trwało to w nieskończoność-.- Ale w końcu się udało! Jest i mam nadzieję że się wam spodoba!:D

Tak się zastanawiam czy tytuł jest na pewno trafiony..:) Ale nich już bd :)

Tytuł: "Modlitwa"
Autor:
Zico
Gatunek: Dramat
Rodzaj: OneShot
FanClub: B.A.P
Typ: FanFiction


Miłość? Miłość jest nie tylko uczuciem łączącym ludzi, jest całym ich życiem. Więc jeśli miłość znika, kończy się także życie, zostaje pozbawione sensu. Kiedy ona umiera, umiera też część duszy i serca człowieka, które pamiętają każdy, nawet najmniejsze wspomnienie.
Nie przestaje się kochać z dnia na dzień. Jeśli ktoś zapomina o nas tak szybko, to znaczy że ta osoba nigdy tak naprawdę nas nie kochała. Ludzie darzą się miłością latami, są ze sobą „na dobre i na złe”. Nawet gdy popełnisz błąd, to ukochana osoba wybaczy ci, zapomnie i nie opuści, będzie z tobą NA ZAWSZE. Właśnie te słowa, tak łatwo je wypowiedzieć, tylko one dwa a znaczą tak wiele. Jednak trzeba bardzo uważać wypowiadając je. Często „na zawsze” nie znaczy wiecznie, kochać „na zawsze” to być przy kimś aż do końca naszych dni. Najbardziej rani , gdy zależy nam na nie właściwej osobie, gdy to uczucie jest od nas silniejsze, gdy pragniemy tylko jej, a ona nie może, już nie potrafi darzyć nas tym samym uczuciem.
To skłania nas do rzeczy, o których wcześniej nigdy nie myśleliśmy…

Usiadłem pod ścianą. W całym pokoju panowała ciemność, jedynie światło księżyca wpadało przez małe okno, oświetlając nie wielki kawałek pomieszczenia. Spojrzałem w niebo, całe pokryte setkami gwiazd. Ahh jak ja kochałem na nie patrzeć, mogłem to robić godzinami, słuchając przy tym ulubionych piosenek i zapominając o całym otaczającym mnie świecie.
Byłem sam, w domu nie było nikogo oprócz mnie. Panowała tu grobowa cisza, przerywana tylko cichym tykaniem zegara. Teraz myślałem tylko o tym co było, tylko o tobie. O każdej spędzonej razem chwili, kiedy byliśmy szczęśliwi. Minął już miesiąc, a ja wciąż nie mogłem wyrzucić z mojej głowy, obrazu twojej uśmiechającej się do mnie twarzy.  W mojej pamięci zatrzymam te wszystkie  wspaniałe wspomnienia, na zawsze.To kiedy chodziliśmy na długie spacery, trzymając się za ręce i śmiejąc z najdrobniejszych rzeczy. Nigdy też nie zapomnę też żadnego z tych wspaniałych wieczorów, nocy kiedy razem oglądając filmy i siedząc pod kocem, ja wtulałem się w ciebie, w twoje umięśnione, ciepłe ciało. Nawet nie wiesz, że nigdy nie bałem się tych wszystkich tandetnych horrorów, a ukrywałem się w twoich ramionach tylko po to by czuć twoje ciepło, by być jeszcze bliżej ciebie, a ty wtedy przytulałeś mnie i całowałeś w policzek myśląc, że przez to będę się czuł bezpieczniej.
Tak kochałem być z tobą, w każdej z tych niezliczonych chwil. Lecz teraz jestem tu, sam i nawet nie wiesz jak mi cię bardzo brakuje. 
Twojego męskiego głosu, twoich dużych miękkich, delikatnych ust. Ust, które odkryły każdy kawałek mojego ciała. Twoich dłoni, które tak świetnie poruszały się, błądząc po moim brzuchu, szyi, pośladkach.. Tak bardzo za tobą tęsknię YongGuk…  

Siedziałem tak wpatrując się w niebo, starając sobie przypomnieć wszystkie te cudowne chwile, spędzone razem z nim.  Wszystkie myśli plątały mi się w głowie. Nie byłem już pewny swoich uczuć.
-YongGuk…- wyszeptałem, zaciskając żyletkę w swojej ręce. Otworzyłem dłoń, kawałek metalu zdążył już ją pokaleczyć. Spojrzałem na „czysty” jeszcze nadgarstek , przyłożyłem do niego ostre narzędzie i bez chwili zawahania docisnąłem go najmocniej jak tylko umiałem.  Przesunąłem nim po ciele, następnie postąpiłem tak jeszcze kilka razy.  Z utworzonych przed chwilą raz zaczęła płynąć gęsta, ciemnoczerwona krew.  Nie czułem bólu, czułem tylko jak szybko bije moje serce.  Kilka kropel zdążyło już upaść na ziemię brudząc przy tym kafelki.
Rozcinałem moją skórę, tyle razy, aż na ojej ręce pojawił się napis „YongGuk”. Napis był słabo widoczny spod przykrywającej go fali czerwonej cieczy. Rany były bardzo głębokie. Skóra wokół ran była obrzęknięta i rozpalona.
Powoli zaczynałem słabnąć. Wypuściłem żyletkę z mojej dłoni, ręce bezwładnie opadły, a ja sam osunąłem się na podłogę. Mój oddech stał się ciężki. Czułem, że leże w kałuży krwi, moje  ubranie przykleiło się do ciała. Z trudnością podnosząc rękę odgarnąłem grzywkę brudząc przy tym twarz krwią.  Dopiero teraz zacząłem czuć piecznie na rękach. Ogarnęła mnie senność, moje powieki stały się ciężkie, a świat zaczął wirować.  Resztkami sił  wyciągnąłem telefon, próbując  wybrać numer przyjaciela.
-„Halo?”- usłyszałem.
-Kocham Cię YongGuk, pamiętaj- wyszeptałem. Chciałem by wiedział, że nadal go kocham. Nie mogąc utrzymać telefonu, upuściłem go.  Uderzając o podłogę, zbił się wyświetlacz i wypadła bateria. Teraz zepsuty aparat był całkowicie nie ważny. Czułem, ze odchodzę. Straciłem tyle krwi… Tak bardzo chciałem, by on tu był, ze mną w moich ostatnich chwilach.
Mój wzrok powędrował na krzyż, znajdujący się na ścianie. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, ę ostatnio często zapominałem się modlić. Przecież byłem Chrześcijaninem, nie powinienem zapominać. Wciąż leżąc, na wpółprzytomny, zacząłem szeptać:
-„Boże, dziękuję Ci za wszytsko.Za moje życie, chociaż nie zawsze było cudowne, za każdą ważną dla mnie osobę, a w szczególności za YongGuk’a. Był dla mnie wszystkim… Przepraszam, że właśnie tak musiałem zakończyć moje życie, ale zrozum proszę, że ja nie mogę, nie potrafię żyć bez niego. Mam nadzieję, że mi wybaczysz i przyjmiesz do siebie . To ja Zelo to znaczy Choi Joon Hong. Boże, ja właśnie umieram. Bądź przy mnie, gdy ON nie może, nie chce.”- Oczywiście nie zapomniałem dodać pięknego AMEN na końcu. Leżałem tak, czekając na zbliżającą się śmierć. Nagle usłyszałem trzaskające drzwi i głośne odgłosy kroków na schodach. Praktycznie nie przytomny, otworzyłem lekko oczy. Nie wiedziałem, czy zobaczyłem go naprawdę, czy to też wyobraźnia zaczęła płatać mi figle. Trwałem w nieświadomości dopóki nie poczułem, ze ktoś mnie podnosi. Wtedy wiedziałem już, że to on. Jego zapach ciała, jego duże męskie dłonie.. Rozpoznam je wszędzie. Przyszedł...? Poczułem radość i mimo oblicza śmierci, uśmiechnąłem się. 
-Choi, słyszysz mnie? Obudź się! Karetka już jedzie. Proszę Cię nie odchodź!- Jego ręce objęły mnie. Hyung przytulił mnie Jak dawno tego nie robił. Moja głowa bezwładnie opadła na jego ramię. Ostatni raz, resztkami sił otworzyłem oczy. Ujrzałem jego piękną twarz, ciemne, duże usta i te oczy, patrzące na mnie z troską. Teraz jego wzrok powędrował na moją zakrwawioną rękę. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie.
-YongGuk!? Dlaczego? Czemu to zrobiłeś? Zelo, dlaczego?!
-Ja… Ja nadal cię kocham hyung! Rozstaliśmy się ponad 2 miesiące temu, ale ja nadal cię kocham. Dlaczego tu przyszedłeś?
-Zelo, mi też dalej na tobie zależy. Wiem, ze powinienem to powiedzieć wcześniej, ale sam nie dawno to zrozumiałem, że nie umiem żyć bez ciebie.
-Hyung, na prawdę?
 -Tak Choi, nawet nie wiesz jak mi przykro, to wszystko przeze mnie. Tak bardzo Cię przepraszam.- Jego usta lekko, na kilka sekund połączyły się z moimi.
Drzwi do pokoju gwałtownie się otworzyły, wkroczyło przez nie kilku mężczyzn.
-Tutaj jest. Bierzemy go.- powiedział jeden z nich. Sanitariusze „załadowali mnie” do karetki. Dalej nie pamiętam już nic.
Obudziłem się w Sali szpitalnej. Moje spojrzenie od razu padło na NIEGO, był przy moim łóżku.
-Zelo, nie rób tego więc, nie strasz mnie proszę. Straciłeś sporo krwi, ale nic ci nie będzie.
-Hyun… Kocham Cię- sam nie wiem dlaczego to powiedziałem.
Choi, ja też cię kocham, wiesz to. Błagam wybacz mi, proszę…
-To nie twoja wina, to ja przepraszam, to nigdy więcej się nie powtórzy.
-Cz ty, chcesz spróbować jesz…
-Tak!- nie dałem mu dokończyć. Nasze usta znów połączyły się w delikatnym pocałunku.

Po 2 dniach wyszedłem ze szpitala, a razem ze mną YongGuk. Od tamtej pory jesteśmy nierozłączni J



Wszystkie wydarzenia związane z miłością uczą nas BY W NIĄ IWRZYĆ. Często jest to trudne, boimy się i to jest zrozumiałe. Wielu z nas lęka się o niej mówić. Nie chcemy jej wyznawać, ponieważ boimy się odrzucenia. Być może nie zawszenasze uczucia zostaną przyjęte z oczekiwaną przez nas reakcją, jednak zawsze warto próbować. Podsumowując: Miłość jest wspaniałym uczuciem, łączącym ludzi. NIE BÓJMY SIĘ MIŁOŚCI ;D

sobota, 5 stycznia 2013

"Obsesja 5 "

10 komentarzy:

Kochani, zbliżamy się do końca... Przewiduję albo jeszcze jeden rozdizał lub zamiast niego PROLOG. Tak czy inaczej opowiaanie dobiega końca. Trudno było mi pisac ten rozdział po tym co było ostatnio z Block B (myślę że wszytscy dobrze znaja sprawę) ale udało się, w końcu jest!! :D



-Proszę cię tylko o to- Wyszeptał. Zacisnąłem nóż w swojej dłoni…
-Nie mogę tego zrobić… Nie bój się, wydostaniemy się stąd, Hoon nam pomoże, zobaczysz.- Napełniłem jego serce nadzieją.Obaj usiedliśmy pod ścianą, czekając na P.O, który miał się nie długo zjawić. Przyjrzałem się bliżej, nowo poznanemu chłopakowi.
Na oko wyglądał na trochę starszego ode mnie. Ciemne, dość długie i falowane włosy opadały na jego bladą twarz, po części zakrywając ciemne oczy. Te oczy…Było w nich coś co przyciągało wzrok. Spojrzeniem objąłem jego sylwetkę. Miał na sobie podarty T-Shirt i ciemną, brudną skórzaną kurtkę. Był dość wysoki, wyglądał marnie. Na jego torsie dało się zauważyć liczne siniaki i zadrapania. Usta chłopaka były rozcięte i do tej pory od czasu do czasu pojawiało się na nich kilka kropel krwi. Siedział ze spuszczoną głową, cały się trzęsąc, nie mówił nic. Chciałem zapytać go o coś, cokolwiek, byle by przerwać tę dziwną ciszę. Gdy już otworzyłem usta, usłyszałem skrzypienie drzwi.  Teraz mój wzrok, myśli skupiły się na sylwetce ukochanego.
-Ahh to jesteś tutaj. Zico już się tobą pobawił. Szybko jak na niego-Ostatnie zdanie wypowiedział z lekkim zdumieniem. –Nie bój się, uciekniemy stąd-Dodał, klepiąc nowego po ramieniu. Teraz uwaga P.O skupiła się na mnie.
-Kim! Nic ci nie jest?
-Mi? To raczej ja powinienem o to zapytać! Wczoraj ty i Zico, wy..- Nie dokończyłem, nie wiedziałem jak to ująć, nie chciałem go urazić.
-Jeśli o to chodzi U-Kwon, to nie martw się, do niczego między nami nie doszło.
-Ale te głosy i Zico, jak mówił do ciebie kochanie..-Nic nie rozumiałem, czy Pyo kłamał?
-Kochanie, obiecuję ci. To co słyszałeś, to nie było ze mną. Gdy ten świr zaczął się do mnie dobierać, oznajmiłem mu, ze nie mam na to ochoty, więc wkurwiony wyżył się na swojej nowej zdobyczy.- Ruchem głowy wskazał na siedzącego obok i przysłuchującego się naszej rozmowie JaeHyo. Ten pewnie zawstydzony i zmieszany, odwrócił głowę w drugą stronę.-Słuchaj, jutro Zico wyjeżdża, to nasza szansa.- Razem z nowym wysłuchaliśmy szczegółowego planu dotyczącego naszej jutrzejszej ucieczki. Wszystko wydawało się proste, lecz jutro mieliśmy się przekonać, że nie wszystko będzie szło po naszej myśli.


*Następnego dnia*


-Wstawaj, twój przyjaciel był tu i kazał się nam zbierać, powiedział, że za 20 min po nas przyjdzie.- Otwierając oczy ujrzałem wystraszoną twarz nowego kolegi. Od razu zerwałem się na równe nogi. Niecierpliwie czekaliśmy zaraz przy wyjściu z pomieszczenia. Ostatni raz spojrzałem na tę salę. To tutaj przeżyłem swoje najgorsze chwile w życiu, miałem nadzieję, że już nigdy tu nie powrócę, że już nigdy nic podobnego mnie nie spotka. Drzwi otworzyły się. -Zico pojechał, straże jeszcze śpią, szybko ich wyminiemy i reszta drogi jest wolna.- Pospiesznie ruszyliśmy za P.O. Z łatwością wydostaliśmy się na zewnątrz budynku. Nie widziałem go wcześniej, po porwaniu ocknąłem się już dopiero w „Sali tortur”. Budynek przypominał wojenny bunkier, schowany był za gęstymi krzakami, a wejście było widoczne dopiero z bardzo bliska. Do niego prowadziła jedna tylko droga, którą ruszyliśmy. Mimo tego, że strażnicy nie czuwali, biegliśmy najszybciej jak tylko się dało, P.O nie chciał ryzykować. Nagle zatrzymał się, a na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Moje serce także zaczęło bić szybciej gdy zauważyłem samochód, ten sam samochód do którego wciągnięto mnie, jadący w naszym kierunku. -Co?! Przecież powinien wracać dopiero za jakieś 30 min, nie, nie..! On nas wszystkich pozabija!-Hoon zaczął panikować. Sytuacja wydawała się dramatyczna. -Nie poddamy się, za mną!- Krzyknąłem i od razu ruszyłem ku samochodowi. Rozpędzony wskoczyłem na jego maskę, przebiegłem po dachu, zeskoczywszy z auta od razu się zatrzymałem, czekając na towarzyszy. Po chwili zobaczyłem przeskakującego pojazdP.O. Wszystko działo się tak szybko. Czekaliśmy tylko na JaeHyo.


Chłopak wybił się przed autem, jego jedna noga była już na masce. Nagle zachwiał się i z krzykiem upadł do tyłu, wpadając prosto pod jego koła. Usłyszeliśmy tylko trzask łamanych kości, gdy samochód przejechał po leżącym na drodze przyjacielu. Dokoła rozlała się krew cieknąca ze zmiażdżonych kończyn. -Nie!!! Hyung!- W moich oczach pojawiły się łzy, gdy spojrzałem na zmasakrowane ciało JaeHyo. Przez te dwa dni zdążyliśmy się trochę poznać, dowiedziałem się wile o jego przeszłości. Porwano go gdy szedł spotkać się ze swoją dziewczyną, miał się jej oświadczyć… Zapłakany spojrzałem na Pyo, także stał w bezruchu nie mogąc nic powiedzieć. Samochód jechał dalej, zostawiając za sobą krwawe ślady opon, zawrócił dopiero przy budynku i z dużą prędkością ruszył w naszą stronę.  Chwilę potem poczułem szarpnięcie za rękę. -Nie pomożemy mu już, uciekamy. -Ale… -On już nie żyje, Kwon uciekajmy, nie chcę także stracić ciebie!- Zerknąłem jeszcze raz na JaeHyo i uczyniwszy znak krzyża znów zacząłem biec. Z daleka słyszeliśmy krzyki Zico. -Tutaj!- Zico pociągnął mnie, skręciliśmy w głąb lasu-Nie wiedzie między drzewa, za mało tu przestrzeni, jeszcze mamy szanse!- Tak tez było, Zico nie mogąc wjechać za nami, wysiadł z auta i zaczął biec za nami. Biegłem ledwo łapiąc oddech , jednak nie mogłem się teraz poddać. Potknąłem się o wystający z ziemi korzeń drzewa, upadłem. Nie mogłem zawołać P.O, który o niczym nie wiedząc biegł dalej, nie mogłem złapać powietrza. Ze strachem obejrzałem się do tyłu, rozzłoszczony Zico  był już coraz bliżej mnie. Zebrałem wszystkie siły i z trudem krzyknąłem: -Pyo pomocy!- Nie widziałem już jego sylwetki, był dalej, nie wiedziałem czy mnie usłyszał. W tym momencie poczułem lekkie wstrząsy ziemi, starszego ode mnie dzieliło dosłownie kilka metrów. Próbowałem wstać jednak moje mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Spojrzałem w kierunku, w którym pobiegł Hoon, nie było go. W mojej głowie pojawiła się myśl, że to już moje ostatnie chwile. Odwróciłem się i ujrzałem stojącego nade mną Zico, trzymał broń i celował nią prosto w moją głowę. *Boże ratuj*-Pomyślałem.
-Myśleliście, ze uciekniecie?  Nigdy by wam się to nie udało. Twój starszy kolega już nie żyje, ty też zaraz zginiesz, a P.O? Jego i tak znajdę i dam nauczkę za to, że wam pomagał- W jego oczach malowała się prawdziwa wściekłość. Naładował pistolet i jeszcze raz wymierzył nim w moją stronę. Zasłoniłem twarz rękoma, nie chcąc na to potrzeć, usłyszałem strzał, jedna nic nie poczułem. Niepewnie  otworzyłem oczy i ujrzałem leżącego na ziemi Zico, a za nim stojącego, jeszcze z wycelowaną bronią, P.O. Mój oddech stal się szybszy, nie mogłem uwierzyć, że nadal żyję.Pyo od razu pomógł mi wstać i gdy tylko to uczyniłem, wtulił się we mnie. -Myślałem, ze już zginę, nie wiem jak ci dziękować…-Powiedziałem drżącym głosem.
-Nie musisz, już spokojnie Kwon, jestem przy tobie.- Trwaliśmy w uścisku krótką chwilę. Dlatego, że P.O chwycił mpjątwarz w dłonie i powiedział:

-Teraz już zawsze będziemy razem.- Moje serce, ze szczęścia, biło jak szalone. Zico nie żyje, ja w końcu się uratowałem i będę mógł być szczęśliwy z P.O. Jedynym co mnie zasmucało to pamięć o JaeHyo.
Kiedy zakopaliśmy ciało Zico, wróciliśmy na drogę, na której nadal leżał starszy przyjaciel. -Pyo zabierzmy go stąd, zasłużył na pogrzeb, normalny, nie możemy go tutaj tak zostawić. -Jasne Kim.







środa, 2 stycznia 2013

"Obsesja 4 "

8 komentarzy:

Wiem, ze długo czekaliście i mam nadzieję, że spodoba wam się ten rozdział :)




-Niee!-Wyrwało się z mojego gardła, gdy poczułem jak, wiszące jeszcze nie dawno nade mną ciało P.O, upada bezwładnie na moje plecy. Zacząłem się trząść, nie potrafiłem tego opanować. Próbowałem podnieść się, ale moje mięśnie nie sprostały zadaniu, wydostania się spod  chłopaka. Na myśl nasuwała mi się ta najgorsza opcja, chciałem ja przepędzić, lecz ona za chwile powracała, jak bumerang. *On  nie mógł tego zrobić*- krzyczałem w myślach. Zebrałem wszystkie siły i powoli zepchnąłem z siebie jego ciało. Rozejrzałem się dokoła, w pomieszczeniu nie było już Zico. Musiałem być w takim szoku, że nawet nie zwróciłem uwagi kiedy wyszedł. Ze strachem skierowałem wzrok na P.O. Nie ruszał się, co mnie przeraziło.

-Pyo Ji Hoon!- Podszedłem do chłopaka i starałem się go obudzić, jednak nic nie zdziałałem. Moje serce zaczęło szybciej bić, kiedy spostrzegłem stróżkę krwi spływającą po głowie mężczyzny.-Nie! – krzyknąłem i ukryłem twarz w dłoniach, a z moich oczu pociekły słone łzy. Nigdy bym nie przypuszczał, że zapałam do niego tak wielkim uczuciem, że jego odejście tak bardzo mną wstrząśnie. Jego już nie ma…
Jeszcze raz spojrzałem na niego, na jego piękne ciało, które teraz wydawało się być takim kruchym. Kiedy tak wtulałem się wzrokiem w jego ramiona, coś przyciągnęło moją uwagę, coś odbijającego lekko światło. Doznałem kolejnego ataku, gdy do mojej świadomości doszło, iż jest to nabój, wystrzelony z pistoletu Zico. *Czyli jeśli był tylko jeden strzał, a kula jest tutaj to...*  Od razu rzuciłem się w stronę  P.O, dokładnie przypatrzałem się ranie. Nie została ona zrobiona przez nadlatującą kulę, było to po prostu dość głębokie rozcięcie. Nie daleko zauważyłem dość ciężki kamień, który… No właśnie. Spojrzałem na ścianę, w jednym miejscy była odpryśnięta. Zico musiał chybić i kula trafiła właśnie w to miejsce, a oderwany kawałek spadł na głowę Pyo powodując krwawienie. To tylko był tylko moja teoria, ale ulżyło mi kiedy uświadomiłem sobie, że P.O w swojej głowie nie ma naboju. Od razu zacząłem go ocucać.
-Obudź się, proszę nie zostawiaj mnie…- Właśnie w tym momencie jego dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku, a oczy powoli starały się otworzyć. Na mojej twarzy pojawił się  szeroki uśmiech, a z oczu znów płynęły łzy, tym razem łzy szczęścia.
-Oh, nawet nie wiesz jak się cieszę, że jednak żyjesz. Cieszę się to za mało powiedziane!- Pomogłem mu usiąść i gdy tylko to zrobił, od razu rzuciłem się na jego szyję, mocno go przytulając. W tej pozycji trwaliśmy dłuższą chwilę.

-Ehh moja głowa, co się stało Kwon? Czy nic ci nie jest?- Zapytał, tylko kiedy się od niego odkleiłem.

-Mi nic nie jest- Nie licząc „mojego wejścia”, które bardzo bolało, jak za każdym razem kiedy ktoś mi to robił- Dostałeś w głowę tym kamieniem-wskazałem na dość duży odłamek- Zico chyba celował w ciebie, ale nie udało się mu to- Opowiedziałem mu o wszystkich moich
przypuszczeniach, co mogło się wtedy stać.
-Tak bardzo się martwiłeś, dlaczego?- Zadał mi pytanie obejmując mnie swoim
ramieniem.
-Sam nie wiem…- Odparłem, uciekając wzrokiem od jego spojrzenia.- Chyba dlatego, że Cię K..- Ostatnie słowo rozpłynęło się w ustach P.O. Jego wargi lekko łączyły się z moimi, w delikatnym pocałunku. Przerwał by móc powiedzieć:
-Zico- Powiedziałem, nadal złączony z Hoon'em.  Chłopak szybko odsunął się i wyszeptał.
-Udawaj, że cie biłem, krzywdziłem. Proszę udawaj, że cię nienawidzę, to dla twojego dobra, nie chcę by cos ci sę stało, kochanie- W jego głosie wyczytać można było przerażenie, tą całą sytuacją.
Wstał, wziął do ręki lezący nie daleko bat i świsnął mi nim zaraz koło twarzy. Spojrzałem w jego oczy, wiedziałem że musze mu zaufać. Drzwi otworzyły się.-Nie na widzę cię szmato, rozumiesz?! Jak mogłeś pomyśleć, że cos do ciebie czuje- Po raz
kolejny poczułem podmuch powietrza, wywołany przez jego „broń”. Bałem się, że na prawdę mnie uderzy, jednak patrząc na jego smutną twarz, moje obawy zniknęły.
-No proszę, czyli nie lubisz naszego pieska? P.O zaskakujesz mnie- Zico podszedł do niego i powoli  zaplótł swoje ręce wokół jego nagiego torsu.-Czyli znów jesteś tylko mój?- Zmieszany spojrzałem na twarz ukochanego. On tylko puścił oczko w mjąstrone i odpowiedział.
-Tak, Zico. Zawsze byłem i jestem twój.- Teraz jedna z rąk starszego złapała go za krocze. Zico lekko zagryzł swoje wargi. Trudno było mi patrzeć jak jakiś facet obmacuje mojego P.O. wiedziałem jednak, że nie muszę ukrywać się z moim uczuciem jeśli nie chcę by coś mi się stało, a jeszcze gorzej, by nic nie stało się Pyo.

-Hoon-ah nie męcz go już, chodź ze mną- Starszy złapał go za rękę i pociągnął w swoim kierunku. Kiedy wychodzili z ust młodszego wyczytałem „Nie bój się kocham cię Kwon”. Moje serce i tak było nie spokojne. Nie mogłem znieść myśli, że za chwilę jego ciało będzie dotykał Zico.
Usiadłem pod ścianą, długo zastanawiałem się co teraz będzie. Czy P.O naprawdę pomoże mi się stąd wydostać? Jednak jedno pytanie nie dawało mi najbardziej spokoju. Czy naprawdę go kocham i czy on kocha mnie? Od razu przypomniałem sobie chwilę naszego pocałunku, pierwszego pocałunku.-Ahh dobrze kochanie…- Usłyszałem zachrypnięty głos Zico, dobiegał zza ściany. Przed oczami miałem scenę, kiedy mój kochany Hoon jest zmuszany do seksu z nim. Czułem zazdrość i coraz większą nienawiść w stosunku do starszego.-P.O…-Wyszeptałem.-Na prawdę cię kocham- Wykończony dzisiejszymi emocjami zamknąłem oczy i pozwoliłem się zabrać w piękny świat snów i fantazji…
Obudził mnie głośny huk. Drzwi do pomieszczenia były otwarte. Jeszcze ledwo kontaktując, podniosłem się i ruszyłem w ich kierunku.-Nawet nie próbuj wyjść- Krzyknął Zico. Po chwili zjawił się on sam, uśmiechnął się do mnie i dodał:-Masz towarzystwo- skinieniem głowy wskazał na postać leżącą w rogu sali. Podszedłem bliżej nieznajomego i lekko dotknąłem go w ramię, by sprawdzić czy zyje.
-Aaał- Usłyszałem cichy jęk.
-Nie boj się ja nic ci nie zrobię, też mnie tu przetrzymują. Pomogłem wstać nowej osobie.
- Jestem U-Kwon- wyciągnąłem dłoń i spojrzałem na twarz postaci, a raczej zasłaniającej je długie włosy.

-Jaehyo- przedstawił się, bez siły odwzajemnił uścisk dłoni. Nagle sięgnął po coś i
niespodziewanie powiedział:




-Zabij mnie, nie chce więcej tego przeżywać.- Chłopak wyciągnął nóż z kieszeni i podał go mi. Byłem w szoku.-Nie patrz się zabij mnie proszę, nie każ mi błagać.
-Co? Nie zabiję cię! Spokojnie, uratujemy się.- Spojrzałem w jego zapłakane oczy. Patrzył na mnie błagalnym spojrzeniem.

-Proszę cię tylko o to..- Wyszeptał. Zacisnąłem nóż w swojej dłoni… 

sobota, 29 grudnia 2012

"Obsesja 3 "

7 komentarzy:


Miałam wielkie problemy z tym rozdziałem i uff.. Udało się w końcu xD

Mam nadzieję, że was zaskoczy, pozytywnie ;)
Wielkie dzięki dla  @maddie15945 , która uświadomiła mi pewna ważna rzecz, dla ciebie :**


-Od tamtej pory przysiągłem sobie, że teraz to ja będę krzywdzić…- Nie wiedziałem dokładnie o co mu chodziło.
-Ale co się stał..- urwałem, kiedy zauważyłem na sobie jego przeszywający wzrok.
-Miałem około 16-17 lat. Żyłem beztrosko, nie byłem pilnym uczniem, ale jakoś udawało mi się przechodzić do następnych klas. Wszystko układało się idealnie, imprezki, szlugi, piwka, no   umierać. Ale pewnego dni..- przerwał. Byłem w wielkim szoku, że on potrafi być taki wrażliwy. Nie sądziłem też, że potrafi tak normalnie porozmawiać, jak zwykły człowiek.

-Podeszli do mnie, zaciągnęli do auta, a potem zabrali w straszne miejsce. Spędziłem tam wiele tygodni. Torturowali mnie- bili, okaleczali…- spojrzałem na bliznę tuż obok jego prawego oka, nie zauważyłem jej wcześniej.
Ton z jakim mówił, wyrażał wiele emocji: złość, smutek… Jego oczy wpatrywały się w ścianę, a dłonie zaciskały w pięści.
-Gdy tylko stamtąd uciekłem, przysiągłem sobie, że teraz ja będę katem, a takie niewinni, jak ja kiedyś, będą cierpieli.

-Ale to nie ma sensu! Co ci to da?- Oberwałem od niego po głowie.
-Satysfakcję, psie- dokończył z pogardą.
-Czy..?
-Zamknij się już! To, że ci to powiedziałem…To chwila słabości, nie myśl sobie, że tak będzie zawsze. Nic miłego cię tu nie spotka.- Spojrzał na mnie zimnym wzrokiem.

*Kilka dni później*


W ciągu tego krótkiego czasu, moje ciało „zyskało” wiele nowych ran, siniaków i blizn. Starszy naprawdę pragną zemsty. Nigdy nie był choć trochę litościwy wobec mnie. We wszystkim co robił, okazywał wielką złość…


*Pewnego ranka*


Wielkie drzwi powoli się otworzyły. Wkroczyła przez nie znana mi postać, jednak nie był to Zico. Wydało mi się to dziwne, lekko się przestraszyłem, bo nikt oprócz niego nie odwiedzał mnie. W męskich rysach twarzy od razu rozpoznałem jego młodszego przyjaciela, P.O. Chłopak rozejrzawszy się po korytarzu, cicho zamkną za sobą drzwi. Szedł powoli w moim kierunku. Nie wiedziałem co go tu sprowadza, nigdy prócz pierwszego dnia, nie odwiedził  tej sali.

-Cześć, przyszedłem zapytać czy się jakoś trzymasz?-Moje zdumienie było ogromne, kiedy P.O usiadł koło mnie i miłym tonem wypowiedział te słowa.
-Yhh jak na taka sytuację to raczej nie jest ze mną jeszcze tak źle.
-Bardzo cię męczy?- nie odpowiedziałem na pytanie P.O, nie wiedziałem co mam powiedzieć.  Smutnym  wzrokiem spojrzałem na niego. Posłał mi spojrzenie typu: „Współczuję ci”.
-Nie bój się, to już niedługo się skończy, pomogę ci.– przyjacielsko złapał mnie za bark.
-Ale jak pomożesz, ty, przecież..-Nie potrafiłem złożyć najprostszego zdania, w mojej głowie plątało się za dużo myśli.
-Nie U-Kwon, już nie. .. Zrozumiałem, że to nic nam nie da. Pomagałem mu by był moim przyjacielem, teraz zmienił się i nie chcę mu więc pomagać- W moim sercu wreszcie obudziła się nadzieja. Teraz czułem, że mam w końcu szanse  się stąd wydostać. P.O opowiedział mi dokładnie, swój cały plan.
Za kilka dni Zico miał wyjechać „w interesach”, co znaczyło że będzie polował na swoją kolejną ofiarę. Wtedy z pomocą P.O mógłbym bezpiecznie uciec stąd.
-Zaopiekuje się tobą.- Jego słowa zabrzmiały tak przyjacielsko. Objął mnie swoim ciepłym ramieniem. Od dawna nie czułem się tak bezpiecznie. Spojrzałem na jego anielską twarz, wpatrywał się we mnie, tym razem było to spojrzenie pełne dobroci i współczucia. P.O dodał jeszcze kilka słów otuchy, że powonieniem być silny, bo do czasu kiedy Zico nie wyjedzie, nie może nic zrobić. Poczułem się jakby P.O  był moim przyjacielem, jeszcze z dzieciństwa.
Usłyszeliśmy jak ktoś głośno zamyka drzwi.
-Zico!- krzyknął mężczyzna.-Muszę iść, trzymaj się.- wstając  delikatnie pocałował mnie w czoło. Poczułem  dziwne ciepło w okolicy brzucha. Czy..? Nie, to niemożliwe, nie mogłem nawet o tym myśleć. Ostatni raz spojrzałem na anioła zesłanego mi z nieba, na jego anielską twarz i piękne oczy.Moje spojrzenie było w nim utkwione dopóki jego postać nie zniknęła za wielkimi drzwiami. Poczułem się bardzo samotny, rozejrzałem się po ciemnym, przygnębiającym pokoju.
*Już niedługo…* pomyślałem. Nagle usłyszałem czyjąś rozmowę.

-Ostatni raz pytam się co tam robiłeś? To jest mój piesek i nie masz prawa się do niego zbliżać, rozumiesz?! Ahh tak bardzo ci się podoba? Dobrze, jeśli tak bardzo go lubisz na pewno nie będzie ci przeszkadzać kiedy..-Usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła. P.O! Głos dobiegający zza drzwi zniknął. Rozpoznałem w nim Zico, który za pewnie krzyczał na biednego P.O. Jeszcze obolały, szybko podbiegłem do drzwi.
-Zostaw go!- krzyczałem z całych sił. Byłem wściekły na siebie za to, że P.O oberwał tylko za to że chciał mi pomóc. Nie wiedziałem, co stało się na korytarzu, miałem tylko nadzieję, że P.O bardzo nie ucierpiał. Bardzo bałem się o, no właśnie kim on dla mnie był? Wiedząc, że nic nie zdziałam, wróciłem na swoje wcześniejsze miejsce, usiadłem, chowając twarz w rękach i kontynuowałem moje rozmyślania.
-Lubisz go tylko dlatego, że stara ci się pomóc-wmawiałem sobie- A ten pocałunek, wprawdzie w czoło, ale dlaczego to zrobił? Czy on też coś do mnie czuje?- Tyle pytań cisnęło się w mojej głowie. Tak bardzo chciałbym znać na nie odpowiedzi…
Drzwi znów otworzyły się, jednak teraz weszli przez nie obaj mężczyźni. Zico szarpał P.O za koszulkę.
-Proszę bardzo, teraz będziesz mógł okazać to jak bardzo go lubisz- popchną młodszego w moim kierunku, P.O wylądował tuż obok mnie, uderzając przy tym mocno, ręką o stojące blisko łóżko. Starszy podszedł do niego i z całej siły zadał mu cios w twarz. Młodszy uderzył głową o podłogę, z jego ust pociekła stróżka krwi.
-Tak go lubisz, więc proszę bardzo, okaż mu to!
-Ale o co ci chodzi, jak mam cokolwiek okazać?-P.O znów dostał po twarzy.
-Zostaw go!- Krzyknąłem. Zico nie zwrócił nawet na mnie uwagi. -Zrób to co ci mówiłem!- Wykrzyczał ze złością.
-Ale ja nie mogę, nie chcę..- Błagał P.O.
-Więc chcesz, żebym go zabił?- Zico wycelował bronią prosto w moją głowę. Nie wiedząc co się dzieje, siedziałem skulony, ze strachu, pod ścianą. Całe moje ciało się trzęsło.
-Naprawdę chcesz by umarł? Jeśli nie zrób to co ci mówiłem i zapomnimy o wszystkim.- Zico był coraz bardziej zniecierpliwiony. P.O spojrzał na mnie, przepraszając wzrokiem. Złapał mnie za rękę i delikatnie obrócił tak bym leżał na brzuchu. Trzęsącą się dłonią pogładził mnie po buzi. Nachylił się nad moim ciałem.
-Przepraszam, kocham cię i nie pozwolę by on cię zabił.- Cichutko wyszeptał do mojego ucha. Te słowa przeszyły moje całe ciało, nie mogłem w to uwierzyć. Oprzytomniałem dopiero, kiedy usłyszałem donośny głos Zico.
-Masz 5 sekund inaczej dostanie tą kulą w swój cholerny łep! Chcesz żyć z myślą, że przez ciebie zginął człowiek?!- Ledwo skończył swoją wypowiedź, a poczułem ból. Ten okropny ból, który towarzyszył mi za każdym razem, gdy Zico mnie wykorzystywał.

-Przepraszam kochanie…- P.O choć poruszał się bardzo delikatnie, nadal zagryzałem wargi, błagając by przestał. Pokój przepełniał głośny śmiech starszego i cichy oddech mojego P.O. Nagle usłyszałem strzał…

-Niee!-Wyrwało się z mojego gardła…




niedziela, 23 grudnia 2012

"Ciasteczkowy Potwór, czyli święta z Big Bang"

6 komentarzy:

Taki Świąteczny akcent :) 

Uprzedzam, że opowiadanie może nie mieć sensu, zawierać niezrozumiałe dialogi, bądź wyrządzić uszczerbek na psychice czającego  Nie posiadam za to odpowiedzialności.
Nie miałam już pomysłów i wyszło jak wyszło. Osobiście uważam to za porażkę, ale cóż.. Może się chociaż z mojej głupoty pośmiejecie xD


Dziękuję za pomysł kochanej Risu i dedykuję to "dzieło" specjalnie dla niej <3

Autor: Zico
Tytuł: : "Ciasteczkowy Potwór, czyli święta z Big Bang"
Gatunek: Komedia
Rodzaj: OneShot

Typ: FanFiction

Święta Bożego Narodzenia-czas dobroci, spokoju, radości… Jednak w  wykonaniu chłopaków z Big Bang mogą wydawać się także dziwne, nie spokojne oraz.. No właśnie xD

*Godzina 18:00. W dormie Big Bang*


-Chłopaki, chodźcie już!- Wykrzyczał Taeyang.- Pierniczki czekają- dodał, mówiąc już sam do siebie. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Do pokoju szli kolejno GD z TOP’em oraz Daesung z Seungri’m. Ostatnia para zatrzymała się w wejściu, kiedy Choi i Kwon usiedli już przy wigilijnym stole.
-Co znow…- Powiedział Taeyang, odwracając się w kierunku wejścia. Jego mina nie wyrażała wielkiego zdumienia, gdy zobaczył całujących się chłopaków. Daedelikatnie obejmował maknae, kiedy ten zachłannie wbijał się w usta starszego. 

-Nawet teraz, w Wigilię? Chłopaki..- Tae wypowiedział te słowa, z troską kręcąc głową. Dopiero po chwili zorientował się, że chłopcy stoją pod jemiołą.
-Kto ją tam powiesił?- Spojrzenie Tae od razu wbiło się w Smoka. Kwon tylko uśmiechnął się szeroko i spojrzeniem wskazał na siedzącego obok TOP’a. Tae od razu zorientował się co Smok ma na myśli.
Po kilku godzinach jedzenia, śpiewania i wariowania przy stole, Taeyang powoli, niepostrzeżenie wymknął się do małego pokoju. Nikt nie zauważył jego zniknięcia. Dae i Seungricałowali się (jak zwykle), choć nie siedzieli pod jemiołą. TOP wręczył swojemu Dragonowi prezent.
-Żartujesz sobie? Skarpetki i to takie?! Proszę cię, przecież one nie pasują mi do koloru mojej koszuli!
-Skarbie, ale przecież nie będziesz w niej zawsze chodził, do którejś w końcu będą pasować- TOP odpowiedział, lekko zmieszany.
-To nie jest to o czym marzyłem- Smok z obrzydzeniem rzucił skarpetki na podłogę. Następnie  wstał, unosząc prawą dłoń.
-Lepiej przemyśl co uczyniłeś- Dodał. Choi siedział zdumiony na krześle, nie wiedział co powiedzieć.
-Czekaj Kwon!- Wybiegł za nim z pokoju.
W pokoju zostali tylko Dae i Seungri.
-Gdzie są wszyscy?- Starszy rozejrzał się po pomieszczeniu, odrywając się na chwilę od, zawsze chętnego do całowania, Seungri’ego. Już po chwili oboje ruszyli na poszukiwania reszty członków zespołu.
Po około 20 min. poszukiwania, chłopcy w końcu znaleźli jednego z przyjaciół. Weszli do sąsiedniego pokoju. Ich oczy ujrzały siedzącego na podłodze Taeyang’a, wcinał pierniczki jak oszalały! Pakował ich po kilka do buzi, wkładał je szybko, trzęsącymi się dłońmi.  Nikt do tej poey nie wiedział, że chłopak ma tak poważne problemy.
-Tae? Wyczystko gra?

-Tak, a cos niby źle?- Odwrócił się całkowicie, pakując kolejne ciastka do ust.
-Ty chyba masz lekki problem- wtrącił Seungri.
-Problem? Skądże znowu- Tae uśmiechną się, zapominając, że jego buzia zapakowana jest słodkościami. Kilka kawałków spadło na podłogę.



*10 min później* TOP i GD wrócili już, pogodzeni :D

-Chłopaki, pomóżcie!- Do pokoju wpadli Choi i Kwon. Nie wiedzieli co się dzieje, przestraszyli się. Ale cóż mieli pomyśleć, gdy zobaczyli Taeyang’a całego w czerwonej cieczy i siedzącego na nim Seungri’ego, który trzymał jego ręce.
-Puść, nic mi nie jest!
-Masz problem hyung i to duży…
-Oddawaj cistka!! 

-Hej, nie rób mu nic. Co tu się dzieje w ogóle, cholera! Człowiek wychodzi na 5 min, wraca i widzi bijących się przyjaciół i to jeden na dodatek jest ranny-Wtrącił się Dragon.
-Hyung, spokojnie, to nie krew- Odpowiedział Seungri. Wszscy razem uspokoili „ciasteczkowego potwora” . Potem dwuch nieobecnych członków dowiedziało się wszystkiego, jak Tae najadł się za dużo cukru i dlatego maknae próbował go uspokoić.
-Dobrze, ale w czym umazany on jest umazany?-TOP wskazał palcem na próbującego dotknąć cista Taeyang’a.
-Ah Hyung, to ketchup. Stwierdziliśmy, ze jest zdrowszy niż pierniczki, więc chcieliśmy by hyung przerzucił się na niego, zamiast upierdzielać niezdrowe ciastka!

* 2 godziny, 5 paczek pierniczków i 7 butelek wina później*

-A ja wam chłopaki powiem tak- Daesung wskoczył na stół. I zaczął śpiewać:
„I love you, babys I’m not a Monster…” *już mówi* Chłopaki kocham was, kocham jak normalnie, jak rodzinę- dodał bełkocząc, w końcu sam wypił 2 butelki ów trunku.
-Też cię kochamy, ale złaź ze stołu z butami, pobrudzisz nowy obrus- TOP krzywo spojrzał na kolegę.  Dae podniósł ręce i posłusznie opuścił swoją „scenę”.
-Chłopcy, ten dzień czegoś nas nauczył..- Przemówienie zaczął Choi.
-Że nie powinno się uzależniać od pierników?
-Tak Tae, to też *uśmiech TOP’a*. Nauczył nas także, że nie powinno się komuś kupować skarpetek na święta…
W pokoju nastała cisza, którą co chwila przerywała czkawka Daesunga. Smok wpadł na pomysł…
-Może zagramy w butelkę?
- Smoku, w Wigilię?
-No co i tak już uzależnialiśmy się, całowaliśmy i piliśmy w Wigilię, to chyba gra w butelkę nie zaszkodzi.- Dragon zrobił minę szczeniaczka. Wszyscy przyznali mu rację…